Bałtyckie wraki edycja 2016

  • Dostosuj

Płetwale kontra Posejdon 0 : 4

22-24 kwietnia 2016 roku to data, która na długo zapadnie w pamięci Płetwali… Nie jeden czar prysł, ale apetyt dalej pozostał…

 Ekipa w składzie: Sebastian Łepkowski, Adam Sobański, Marcin Mieronowicz, Michał Warchoł, Daniel Winiarz, Krzysztof Golubiński, Piotr Perkowski, Andrzej Malicki, Patryk Kiedrowski,  Radzio Sieniawski, Darek Abramowicz, Jarosław i Sylwek Łobodzińscy, Arek Górny, Paweł Zabielski oraz dwóch przesympatycznych Szkotów Brayan i Marc już po raz piętnasty reprezentowała śródlądzie na Bałtyku.
Pierwsze nurkowanie miało miejsce w piątek, z pokładu BIAŁEJ ORKI jednostki bazy nurkowej JASA z Jastarni. Jednostka i ekipa obsługująca kompetentna i godna polecenia. Na początek postanowiliśmy odwiedzić Groźnego na zat. Gdańskiej. Wg. meteorologów wiało 5 do 6 jednak prawdopodobnie jak zwykle nie doszacowali. Generalnie trochę wiało, ale było znośnie. Jednostka jest lekka, ale poradziła sobie bardzo dobrze. Przejrzystość wody – ok. 5 metrów nie powalała, ale woda była lekko słona a to już coś. Na groźnym nic się nie zmieniło, dalej wokół królują babki, a pod rufą siedzi samotny Dorsz. Nadbudówka skrywa cała masę narybku.
W sobotę podzieliliśmy się i część z nas popłynęła na zatokę odwiedzić Groźnego i Delfina, a druga grupa odważyła się wypłynąć z Waldkiem Popowskim na Morze Bałtyckie. Apetyt był duży, plany zmieniały się jak w kalejdoskopie, moc nurkowa była ogromna podobnie jak doświadczenie, które u opowiadających rosło z chwili na chwilę. Po samodzielnym zatankowaniu jednostki „NUREK” (personel zapomniał przelać paliwo z beczki do jednostki) wypełniliśmy listę, wysłuchaliśmy instruktarzu o ustawianiu kast i nareszcie z jedynie 2 godzinnym opóźnieniem ruszyliśmy. Dla części z nas była to pierwsza taka wyprawa, część była już na podobnym nurkowaniu wiele razy. Na początek postanowiliśmy odwiedzić wrak TANKOWCA. O podróży na pozycję wraku nie ma, co pisać, właściwie było jak zawsze, wszyscy się do siebie uśmiechali i zastanawiali, kiedy to się skończy. Na miejscu obsługa wyrzuciła bojkę z prosiakiem i zacumowała jednostkę jedynie 50 metrów od bojki pod prąd. Ale co tam dla nas, nie ma jak to podczepić jednostkę pod bojkę ciągnąc za sobą pod prąd 50 metrową linę. No po prostu pestka dla Szefa Wyszkolenia – Adam spisał się na medal, a innym było po prostu łatwiej a co najważniejsze bezpieczniej. Sugestie dotyczące przecumowania jednostki bliżej bojki natychmiast zostały oprotestowane przez  kapitana „Nurka”, który stwierdził, że ten manewr jest tak skomplikowany, że raczej nic nie da a prawie na pewno będzie gorzej… A bo to wyciągarka, a bo to kotwica – no dopiero do nas dotarło jak trudna to robota...
Tymczasem do pozostałej, szykującej się do wejścia ekipy zaczęła docierać MOC BAŁTYKU. Fale wywoływane przez Sztorm w sile 2 st. wręcz przelewały się przez pokład… Michał, jako pierwszy, do naturalnej fauny Morza Bałtyckiego dołączył PAWIA. To na pozór nieszkodliwe ptaszysko potrafi być bardzo dokuczliwe, tak że moment rozstania z nim znacznie poprawia atmosferę.
No cóż, zalegający na głębokości 32m., TANKOWIEC nie zawiódł. To nurkowanie na długo pozostanie w naszej pamięci. Wizurka ok 8 do 10 m., w poziomie, a bardzo silny prąd dał nam w kość. Zużycie ok. 30 – 35l/min na powierzchni mówi samo za siebie. Piękna kotwica wisi na swoim miejscu, a w dziurach i pod elementami wraku siedzą ogromne dorsze. Prawie każdy wyszedł z wraku z pamiątkowym wędkarskim Pilkerem. Po zakończeniu nurkowania Krzysiek, podobnie jak wcześniej Michał musiał przyznać, że to co wcześniej mówił o swoim pochodzeniu w prostej linii od Wikingów to taka trochę nieprawda;-)) No cóż, przynajmniej dorsze miały co jeść…
Nurkowanie było naprawdę udane, jednak dbając o jedność grupy zdecydowaliśmy, że drugie nurkowanie zrobimy na nieco płytszym wraku kutra rybackiego 1,5 Mm na wschód. Na tę część wycieczki udaliśmy się już w nieco okrojonym składzie. Część ekipy WRACCKERSÓW z Giżycka załapała się na jednostkę Gdyńskiego WOPRU i nie bez ulgi dała się odwieźć na suchy ląd.
Kolejny, mało uczęszczany wrak, okazał się bardzo klimatyczny. Drewniana konstrukcja oraz otwarte ładownie zrobiły miłe wrażenie. Prąd był nieco mniejszy niż na Tankowcu jednak o zawiśnięciu w toni można było zapomnieć. Głębokość 22 m, była w sam raz na deserek po przygodach z pierwszego nurkowania. Wrak wręcz wymarzony na intro wrakowo morskie. Dno wokół wraku piaszczyste, z wyraźnymi śladami odziaływania prądów morskich. Dziób i rufa ozdobione resztkami sieci rybackich dopełniały klimatu i pozwoliły wyżyć się nożom i sekatorom. Po wynurzeniu oczom jedynych czterech nurków, którzy zdecydowali się zanurkować po raz drugi tego dnia, ponownie ukazała się jednostka Gdyńskiego WOPRU. Chłopaki podpłynęli upewnić się czy wszystko jest ok, bo grupa którą wcześniej zabrali opowiadała coś o tajfunie, sztormie i niespotykanych falach. Chłopaki z WOPRU podejrzewali grupowe zatrucie lub zbiorową histerię;-)))
Tak czy inaczej Skarbnik, skąd inąd nieźle rachujący kasę klubu, ale jednak nie powietrze, nie dał się wyokrętować  i do końca płynął na NURKU. Brawo Marcin!
Ta część historii z uwagi na ogólną dostępność tekstu podlega pełnej cenzurze a w treści ocenzurowanej brzmi następująco:
Przyszedł wieczór, byliśmy u Popka na ciepłej herbacie, była miła i rodzinna atmosfera, obejrzeliśmy razem kino familijne. Na koniec była zrzutka na bezy i poszliśmy spać;-)
W niedzielę rano karnie zameldowaliśmy się na NURKU i zgodnie z przewidywaniami dzień rozpoczęliśmy od nurka na kultowym TRAŁOWCU. Głębokość przy dnie 40 m – to już sporo, więc policzyliśmy zapas powietrza niezbędny na nurkowanie, podzieliliśmy się na pary i do wody. Nurkowanie było jak zawsze dobre. Widok osadzonej armaty, sterówki i koła sterowego nastraja pozytywnie i sprawia, że już podczas deco pojawiają się plany jak i kiedy wrócić.
Drugie i ostatnie podczas tegorocznego wypadu na wraki nurkowanie odbyło się na zatopionej w 2009 roku bryzie. Okazuje się, że nurkowanie na Bryzie może być zaskakujące. Przejrzystość na początku była dobra, aż na wrak wtargnęła brać skuterowo i side mountowa. Całe szczęście bo było nudno, a jak chłopcy „przygazowali” skuterami to na boki zaczęły się rozpływać przesympatyczne flądry, które ku naszej uciesze zatrzymały się nieopodal wraku. Niemałą niespodziankę sprawił nam też rzadko spotykany Kur – Diabeł, przepiękny egzemplarz rodzimej Bałtyckiej flory ukazując się na wraku w całej okazałości.
Było po prostu super. Kolejny wypad już za rok. Do zobaczenia!